
Nie jest ciekawie. Ani trochę. To się chyba nazywa dół. Zreshtą nie wiem, dawno się z tym czymś nie widziałam, zdążyłam zapomnieć jak to śmierdzi...
A było już tak pięknie. Wyłączając jedną sprawę, ale to już kwestia mojego egoizmu i Jej shczęścia. Mushę się wreshcie pozbyć tego pierwshego i kibicować temu drugiemu. Staram się, przyznaję shczerze sama przed sobą. I to z coraz lepshymi skutkami. Yay.
Dół. Nieładnie to to brzmi, ale nie po to jest żeby się ładnie nazywało.
Zaczęło się od tego, że rodzice coraz więcej dni i nocy spędzali w nowym domu. Ja, z powody shkoły i braku łóżka w mojej new komnacie, zostaję w mieshkaniu. Sama. No, z psem. Na początku było cudnie, wreshcie spokój, cisha, nikt za mną nie biega powtarzając "naczynia, odkurzacz, obiad, kwiatki, pies" aż do znudzenia. Jak bym sama o tym nie wiedziała... To nie jest tak, że ja nie chcę wypełniać obowiązków. Tylko nienawidzę, kiedy ktoś mi mówi, co mam robić i to w dodatku tonem wskazującym na wybitny brak profesjonalizmu w byciu uprzejmym. Wtedy się we mnie wshystko gotuje i jak na złość, w ogóle nie mam ochoty wyjmować rąk z kiesheni. Lubię wshystko robić sama z siebie, swoim własnym tempem...
Nieważne.
Kiedy zostawałam sama w domu, robota paliła mi się w rękach (oi...). Radziłam sobie ze wshystkimi obowiązkami domowymi + nauką + znajdowałam czas dla siebie. Z rodzicami widywałam się max 2 godziny dziennie (z ojcem 1 minutę i dzięki Ci Luciferze, że tylko jedną. Chociaż i tak o jedną za dużo). I wshystko było pięknie.
Dopóki nie przeraził mnie głuchy pogłos zatrzaskiwanych drzwi w pustym mieshkaniu.
Nagle zaczęło mi to przeshkadzać.
I nagle zdałam sobie sprawę ze swojego idiotyzmu.
Tak się cieshyłam, że wshystko dobrze się układa. Z wielkim zapałem przykładam się do nauki, wiedząc, że toruję sobie tym drogę do swoich marzeń i w dodatku we wshystkim potrafię sobie poradzić sama. Sama sobie upiorę, rozwieshę, uprasuję ubranka. Sama zrobię jedzonko, pozmywam. Sama posprzątam w domu, wyjdę na zakupy. Sama zadbam o pieska i reshtę inwentarza (3 pająki, parę much i mnóstwo roztoczy). Sama zapłacę za prąd własnymi pieniążkami.
Nie. Wróć. To nie są moje pieniążki.
Wshystko nagle wali się w gruzach.
Kiedyś rodziców już nie będzie i będę musiała sama na siebie zarobić. Ale czym? Przecież ja niczego nie umiem robić.
Umiem marzyć, ale za marzycielstwo w dzisiejshym świecie się nie płaci. Umiem słuchać muzyki, ale tworzyć ją - to już gorzej. Umiem spędzać na necie całe godziny - w celach konsumpcyjnych. Potrafię pozować do zdjęć - ale figury nie mam. Umiem jeść, czytać książki, wkurzać swojego psa i przeklinać na dresów z osiedla. Umiem nosić glany i prowokacyjne ciuchy. Umiem się śmiać z byle czego, nie uważać na historii, udawać, że podushka nie jest podushką, a Tsuzukim.
A najlepiej to umiem wzdychać do snów i czekać aż się spełnią.
Nie utrzymam się z tego.
Za rok o tej porze będę siedzieć w mieście ponad 500 km od domu i próbować zrealizować swoje wieloletnie marzenie - dostać się na Jagiellonkę. Na japonistykę. Będę mieshkać sama w kawalerce cioci albo z jakimiś hip-hop dziewczętami w zatłoczonym akademiku. Nie obchodzi mnie to. Będę studiować.
Ale dopiero teraz coś z wnętrza pyta mnie "I po co?".
Słushnie... I po co? By nauczyć się japońskiego, poznać bliżej kulturę, mentalność Dalekiego Wschodu. By wyjechać. I być nauczycielką angielskiego w skorumpowanej shkole japońskiej, gdzie dzieci uczone są odpowiadać tylko "tak" i "nie"? By ledwo wiązać koniec z końcem za marną nauczycielską pensję i płacić horrendalne sumy za wynajem apaato wielkości 7 m kwadrat i scianami z papieru, zza których słychać jak sąsiad(ka) pushcza bąka? By tracić codziennie 2-4 godziny na dojazdy do pracy i przez całe życie być traktowaną jak zjawisko pozaziemskie, bo Japończycy do tej pory nie przywykli do cudzoziemców?
I to jest to moje marzenie?
Przecież ja chciałam być kimś znaczącym, pełnym energii, pomysłów. Kimś kochanym przez tysiące ludzi, kimś, kto zmieni ich życie na lepshe, kto zapishe się w historii jako wielki rewolucjonista...
Chciałam.....
...And everything fell apart...
Co mogę zrobić w Polsce z biegłą znajomością angielskiego, francuskiego, japońskiego i umiejętnością posługiwania się chińskim? Dwa pierwshe gwarantuje mi liceum i nauczanie dodatkowe, dwa ostatnie - studia.
Czasami zastanawiam się, czy nie byłoby wygodniej złapać sobie jakąś mało ekscytującą, ale pewną pracę tutaj, w Pile i okolicach. Dom blisko, przyjaciele blisko (pod warunkiem, że się nie porozjeżdżają), Japonia nie cierpiąca gaijinów - daleko.
Czasami marzenie powinno zostać tylko marzeniem.
I w taki oto sposób dorosłość zburzyła moje idealistyczne spojrzenie na własne możliwości.
"For the power to revolutionize the world"? Chciałabym dalej w to wierzyć...
Kto wie, może nie będzie tak źle. Ale na dzień dzisiejshy - to wshystko mnie przeraża...
---
Być może to już ostatnia notka na tym blogu. Nie potrzebuję go.
Layout przestał mi odpowiadać, a innego znaleźć/zrobić nie mogę/nie potrafię.
Jak już coś pishę, zawshe jest to dołujące. Jestem ciekawa, jak mnie teraz postrzegają inni, którzy opierają się tylko na tym, o czym pishę tutaj, heh.
Nie potrafię czytać blogów moich najbliżshych. Nie umiem. A kiedy czytam ich komentarze u siebie, ryczeć mi się chce z powodu mojej niewdzięczności.
Dlatego lepiej będzie, jak sobie stąd pójdę. DeviantArt jest dużo ciekawshym miejscem. I dużo weselshym.
Przeprasham.
Przedstawiam moją nową-starą manię, o której jeshcze nie miałam okazji poinformować - Remy LeBeau aka Gambit & Rogue XD!!!! Kocham ich oboje, kocham Gambita solo jak i również w parze z panią Rogue; kocham Rogue solo i w parze z Gambitem, etc, etc, co zdarza się bardzo rzadko w moim przypadku :D Ale oni są po prostu genialni i nic na to nie poradzę ^0^
Wydawałoby się, że shpital to nudne, wymushające znajdowanie sobie czegoś do roboty miejsce. Wydawałoby się, że podczas pięciodniowego pobytu można przemyśleć swoje życie wzdłuż i w sherz i jeshcze zostanie trochę czasu na nudę. Otóż nic bardziej mylnego, pod warunkiem, że jest się Tencią i ma się tylu wspaniałych znajomych, którzy nie zostawiają jej samej ani na chwilę _^_ I którym mushę gorąco za to podziękować, bo bez nich czas nie płynąłby tak shybko.
Wiecie co jest najbardziej wkurzające w shpitalach? Welfrom. Tak - ta mała, fuckin' rurka, która siedzi w żyle 24h/dobę. I ten plastik z dwoma portami... e... tzn otworkami na kroplówkę i strzykawkę. I ta cholerna taśma, którą ten cały system jest przytwierdzony do ręki, a która przy zdejmowaniu funduje bolesną depilację. A wiecie co jest jeshcze
BARDZIEJ wkurzające? Jak kroplówka nie chce lecieć, zatem wbijają welfrom w inne miejsce. W którym kroplówka mimo wshystko TEŻ nie chce lecieć. Więc kłują rekę trzeci raz i płyn leci jak shalony, co nie omieshka boleć. A co wkurza
NAJBARDZIEJ? To, że siostra przywłashcza sobie za tą robotę połowę torebki moich ulubionych żelków T_T
Ok, a teraz zapytam o MAXYMALNIE wkurzającą rzecz, jaka mogła spotkać osobę, której trzeba do obu ushu wpychać opatrunek? Jodyna. Środek dezynfekujący, w którym to macza się opatrunek. I który jest intensywnie fioletową cieczą. Fioletowe ushy rule XDDDDDDDDD Zastanawiałam się już nawet nad parodią Yami no Matsuei: Tencia - Shinigami with violet ears XD Ale problem w tym, gdzie my znajdziemy kolesia z zielonym nosem... Somebody stop me...
A wiecie, co jest w shpitalu komiczne :D? Że po pięciu dniach im się przypomina, że przy zapaleniu obu ushu występuje bakteria niebezpieczna dla innych pacjentów, więc wypadałoby mnie przenieść do izolatki pod ścisłą kwarantanną XDDDDDD I to shczegół, że następnego dnia mam wypis do domu :D
Ale i tak było fajnie ^o^ Najbardziej podobały mi się sączki w obu ushach, wepchane tak głęboko, że nie byłam w stanie dosłysheć nikogo, więc musieli się do mnie drzeć XDDDDDD
--
TenTen: ... no i jutro mi wyjmą już ten opatrunek... WRESHCIE.
Kinga: I nareshcie będziesh słysheć!
TT: Co?
Kin: *GLEBA*
--
Najwiękshy problem był z muzyką.
--
Mum: Może przywiozę ci discmana, co?
TT: *GLEBA* Tak mamuś, popatrzę sobie na niego...
--
Po drugim dniu byłam tak zdesperowana, że przykładałam dłonie do ushu i odtwarzałam w pamięci jakieś piosenki, na które akurat miałam ochotę. I w taki sposób przez reshtę pobytu wmawiałam sobie, że mam discmana _^_ Poor little being I am...
A wshystko zaczęło się od obietnicy Sorcy, że się mną zajmie, kiedy leżałam na przeciwbólach w domu ><` Kill him.
...
Najgorshe u Shinigami jest to, że w zemście nie można ich zabić. Oni JUŻ nie żyją ==`
***
Wracając do domu ze shpitala, przejeżdżałam przez tą część miasta, którą widuję bardzo rzadko. Zobaczyłam wtedy dwóch kolesi na rowerach i coś mną... po prostu rushyło. Zdałam sobie sprawę, że wakacje powoli będą dobiegać końca, a ja w ogóle ich nie wykorzystałam (wyłączając reanimation 3 :P). A to są ostatnie prawdziwe, beztroskie wakacje. Ten rok będzie wyjątkowo ciężki - matura, egzaminy, studia, praca...
Wtedy w głowie pojawił mi się obraz charyzmatycznego młodego człowieka, rodem z shounen mangi, który każdą wolną chwilę poświęca na to, co kocha - wyjazdy rowerem za miasto. Zaczęłam mu zazdrościć, że z takim zaangażowaniem i taką... hm... ochotą wychodzi na zewnątrz, że w ogóle nie przejmuje się otoczeniem, po prostu JEST SOBĄ, ma swój rower i miejsce, do którego zmierza i w którym czuje się dobrze. Ja też chcę lubić wychodzić na miasto, też chce robić to z ochotą i też chce mieć to WŁASNE, niezwykłe miejsce...
Teraz ciężko mi jest to opisać, ale w momencie gdy siedziałam w samochodzie i patrzyłam przez okno, te uczucia były tak silne, że z wyimaginowanego chłopaka niemal zrobiłam realną postać przejeżdżającą brawurowo obok na swoim dopieshczonym, choć mocno już wysłużonym rowerze...
Chyba zaczyna mi się tęsknić do tej wolności shumiącej w drzewach, sunącej po łąkach, pluskającej w strumieniach, pachnącej kwiatami, trawą i nocnym niebem... O mój Luci, uciec stąd! Uciec do takiego miejsca!
***
Techno przyjechał ^___^
Będzie Hentai Night, niohohohoho *^0^*